"/> Sam Tsemberis o Najpierw mieszkanie

13.09.2021

Sam Tsemberis o Najpierw mieszkanie

"Nie wymyśliłem tego sam, byłem raczej zestresowany pomysłem pomagania ludziom w znajdowaniu mieszkań w budynkach, gdzie nie ma żadnego wsparcia. Też byłem wyszkolony w tradycyjnym systemie zdrowia psychicznego i zastanawiałem się, kto się nimi zajmie w środku nocy? Co w sytuacji kryzysowej? Co z innymi mieszkańcami, czy oni będą bezpieczni? To był moment, w którym dodaliśmy kolejny element programu: dostępność zespołu wspierającego na telefon 24/7. Wtedy jeszcze używaliśmy pagerów, teraz mamy komórki, więc musieliśmy znaleźć telefon, żeby oddzwonić."

Fundacja Y-Saatio, jedna z głównych instytucji na świecie wdrażających systemowo "Najpierw mieszkanie" i upowszechniających to podejście, prowadzi serię podcastów o "Najpierw mieszkanie". Niżej publikujemy tłumaczenie odcinka specjalnego z twórcą metody. Jesienią 2021 r. na zaproszenie Fundacji Najpierw Mieszkanie Polska we współpracy z Dziełem św. Ojca Pio prowadzący wywiad poprowadzą pogłębione szkolenie o metodzie "Najpierw mieszkanie" dla praktyków z całej Polski. 

Przesłuchaj podcast w języku angielskim

Juha Kahila, Fundacja Y-Saatio, Finlandia: Witamy w szóstym – wyjątkowym – odcinku serii podcastów o programie “Najpierw mieszkanie”.

Juha Soivio, Fundacja Y-Saatio, Finlandia: Tak, rzeczywiście to spotkanie jest wyjątkowe. Naszym gościem jest ojciec “Najpierw mieszkanie” – Sam Tsemberis. 

Sam Tsemberis, Pathways Housing First Institute: Cześć, cieszę się że tu jestem.

JS: Właściwie to chyba jesteś teraz w Los Angeles?

Dokładnie. I tak się składa, że Los Angeles w Kalifornii to miasto, w którym najwięcej osób doświadcza kryzysu bezdomności w całych Stanach Zjednoczonych. 

JS: Ale pracę z osobami w kryzysie zacząłeś po drugiej stronie kontynentu, w Nowym Jorku? 

Dokładnie tak. Teraz akurat rozmawiamy w sierpniu, dzięki czemu bardzo dokładnie mogę sobie przypomnieć pierwszy dzień mojej pracy w projekcie HELP – projekcie interwencji kryzysowej wobec bezdomności, realizowanym dla miasta Nowy Jork. To była bardzo prestiżowa praca, odbyłem wywiad z burmistrzem miasta, Edem Kochem, głównie dlatego, że ten program był jego pomysłem. Uważał, że koniecznie trzeba działać, ponieważ w tamtym czasie na ulicach miasto żyło 12-14 tysięcy ludzi. Wielu z doświadczeniem poważnego kryzysu psychicznego (30-50%), niektórzy umierali ogrzewając się w metrze i wpadając pod pociąg, rażeni prądem z trzeciej szyny lub zamarzając na ulicach. Burmistrz uważał wtedy, że potrzebujemy programu dla ludzi, którzy byli bezdomni, a ich stan zdrowia psychicznego stanowił zagrożenie dla nich samych lub innych. Pierwszy dzień mojej pracy w tym programie wypadał 8 sierpnia 1988 – data łatwa do zapamiętania. Za każdym razem jak udajesz się do szpitala, musisz wpisać ją do formularza – dlatego wryła mi się w głowę. Ciężko to przyznać, że minęło już prawie 32 lat od tego początku.

JK: To rzeczywiście szmat czasu. Gdy wracasz do tego momentu: Nowy Jork i prestiżowa praca, czy możesz opowiedzieć, jak doszło do wyklarowania się pomysłu “Najpierw mieszkanie”? Co było impulsem, który zmotywował cię do działania? Co spowodowało, że poczułeś potrzebę tworzenia NM?

To świetne pytanie. Nie miałem żadnych wstępnych założeń. Długo uczyłem się pracować z ludźmi poważnie chorującymi psychicznie w szpitalu, ale w NM miałem robić to na ulicy. W centrum mojej uwagi był dobrostan ludzi, więc rozmawialiśmy z nimi, aby upewnić się, że radzą sobie wystarczająco dobrze, by przetrwać. To był bardzo wczesny etap rozwoju usług dla osób w kryzysie. Jeśli ludzie byli głodni to sugerowaliśmy udanie się do miejsca wydawania żywności, oczywiście mogliśmy też kierować ich do schroniska lub innej świetlicy, ale tych usług było zbyt mało na tamten moment. Wszystkie były także przepełnione, nierzadko pojedyncze schroniska zapewniały nawet od 500 do 1000 miejsc noclegowych. 
Przykładowo Fort Washington przy Uniwersytecie Columbia na Upper West Side miało gotowych 1000 łóżek dla osób w kryzysie.

JK: Tysiąc? 

Dokładnie tyle. Koszary, w których kiedyś ćwiczono manewry, zostały przekształcone w schroniska. To były naprawdę okropne miejsca. Z metalowymi łóżkami, ustawionymi tuż obok siebie. Wydaje mi się, że nie spełniało to żadnych standardów UN, nawet tych dla tymczasowych obozów uchodźczych. Każde miejsce było przeludnione. 
W tym czasie, zupełnie tak jak aktualnie, panowało epidemia gruźlicy, więc odsyłanie ludzi do zatłoczonych miejsc było najgorszym z możliwych pomysłów. Jednak dla ludzi w kryzysie zdrowia psychicznego to głównie strach przed pobytem w takim miejscu był główną przyczyną, dlatego nigdy nie wybierali noclegu w schroniskach – po prostu nie byli w stanie tam wytrzymać. Zatem uprzejmie odmawiali na nasze noclegowe propozycje, wybierając pozostanie na ulicy. Wyjątkiem były sytuacje, gdy widzieliśmy, że chorują: kaszlą krwią, mają spuchnięte stopy lub po prostu nie wiedzieliśmy, czy zdołają przetrwać zimną noc – wtedy zabieraliśmy ich do szpitala. Głównie na tym polegała nasza praca. Nie zastanawialiśmy się, czy ci ludzie są gotowi do życia w mieszkaniu – myśleliśmy o tym, czy przetrwają, czy mamy ich zabrać do szpitala czy zasugerować schronisko, czy zawiadomić znajomych lub krewnych – większość z osób miała kogoś bliższego lub dalszego.
Zatem, gdy zaczynałem moje pomysły nie odbiegały od pomysłów innych – zapewnijmy tym ludziom leczenie, jakąś stabilizację, może znajdźmy dla nich jakieś mieszkanie grupowe, a z czasem sami się pozbierają i dojdą do punktu, gdzie sami będą mogli ogarnąć mieszkanie. Nie mieliśmy wtedy żadnych programów zapewniających dostęp do mieszkania, więc tak wyglądał ten program – mieszkań nie było po prostu na horyzoncie. 
Jednak po pewnym czasie, może dwa lata później, zacząłem zauważać pewną prawidłowość – wiele osób po pobycie w szpitalu znów trafiało na ulicę. Ich stan się pogarszał i w ciągu kolejnych miesięcy znów trafiali do szpitali, a później znów na ulicę – i tak w kółko. Ten powtarzalny schemat uświadomił nam, że coś nie gra w tej historii skoro wciąż biegamy wokół.

JK: Brzmi jak syndrom drzwi obrotowych – ludzie wchodząc i wychodząc kręcą się w kółko. 

Dokładnie, a w tamtym czasie wiele artykułów naukowych o systemie zdrowia psychicznego miało właśnie ten tytuł: “Drzwi obrotowe” (ang. revolving door). Nikt nie miał czasu na pomaganie, jedynie przyspieszano tempo prac.

JK: A teraz, cofając się myślami do lat 90-tych, możesz stwierdzić, czy już wtedy czułeś, że “Najpierw mieszkanie” stanie się jedną z najbardziej cenionych innowacji społecznych w temacie bezdomności? W dodatku nie tylko w samym USA, ale na całym świecie?

Zdecydowanie nie, nie potrafiłem sobie nawet tego wyobrazić. Może był jeden taki moment, gdy postanowiliśmy w końcu coś zrobić z tymi obrotowymi drzwiami – nie pomyśleliśmy wtedy o mieszkaniach, ale podejście, które wypracowaliśmy polegało na pomocy osobom z poważnymi zaburzeniami psychicznymi w samodzielnym dokonywaniu najlepszych dla nich decyzji. Było dla nas jasne, że nie możemy podejmować tych decyzji za nich. Nie wiedziałem, dokąd nas doprowadzi taka strategia, ale czułem, że to nie jest ok decydować za ludzi, być ich liderami – chcieliśmy umożliwić im zrobienie samodzielnie następnego kroku.
Gdy zrozumiałem, co dokładnie chcemy robić – a nie byłem specjalistą od mieszkalnictwa ani od kryzysu bezdomności, tylko od zdrowia psychicznego – to uświadomiłem sobie, że w całej historii systemu zdrowia psychicznego nigdy nie stosowano takiego podejścia. Praktycznie nie było programów, które umożliwiały podejmowanie samodzielnych decyzji przez osoby z poważnymi chorobami psychicznymi, np. schizofrenią, chorobą afektywną dwubiegunową, całym spektrum problemów – tradycyjnie uważano ich za niezdolnych do podejmowania kompetentnych decyzji czy reprezentowania siebie w sądzie. Wtedy kompetencja do podejmowania decyzji nie była przedmiotem rozważań w przypadku ludzi z poważnymi problemami zdrowia psychicznego. W sądzie zazwyczaj ustanawiano opiekuna dla takich osób lub Sędzia decydował za nie, a tu nagle mówimy, że może inaczej, że trzeba spróbować podejść do tego rehabilitacyjnie, a nie medycznie – czyli, że trzeba tych ludzi zaprosić do samodzielnego zarządzania swoim życiem i wspierać ich w tym. 
I wtedy pomyślałem, tylko pomyślałem, że to może spowodować rewolucję, rewolucję w praktykach pomagania. Wtedy nie rozumiałem skali, ciężaru tej zmiany i nie wiedziałem do czego może ona doprowadzić.

JS: Pracując z osobami chorującymi psychicznie, pamiętasz może moment, w którym pomyślałeś, że to nowe podejście może być ważne nie tylko dla nich – ale dla wszystkich ludzi, którzy doświadczają bezdomności?

Ciekawe pytanie. Długo próbowaliśmy zrobić coś dla ludzi, którzy będąc w trudnej sytuacji bezdomności są dodatkowo obciążeni uzależnieniem lub chorobą psychiczną – będąc w najtrudniejszym miejscu z możliwych. Było jednak oczywiste od samego początku, że skoro potrafimy pomóc komuś z naszej grupy – czyli grupy chorujących psychicznie, często uzależnionych, pijących na ulicy, o bardzo słabym zdrowiu i największej widoczności na ulicach – to możemy pomóc każdej osobie, która funkcjonuje nawet odrobinę lepiej. Ale wiedziałem, że w kraju, w którym nie ma publicznej ochrony zdrowia ani żadnego systemy zabezpieczenia społecznego, finansowanie przez władzę pierwszych programów „Najpierw mieszkanie” uzyskaliśmy dopiero, gdy wykazaliśmy koszta, jakie państwo ponosi, gdy nasi ludzie trafiali do szpitali. Zazwyczaj taka wizyta trwała miesiąc lub dwa i kosztowała 15 tys. dolarów dziennie. My, jako podatnicy, płaciliśmy 45 tys. dolarów za umieszczenie ich w szpitalu psychiatrycznym Bellevue w Nowym Jorku, jedynie po to, by zaraz byli ponownie wypisywani na ulicę. 
Z obserwacji wynikało, że skoro osoby doświadczające tylu codziennych wyzwań dawały radę w NM, to osoby z mniejszymi problemami także na pewno skorzystają na programie. W tamtym czasie za 45 tys. dolarów można było opłacić wynajem mieszkania na trzy i pół roku. Oczywiście potrzebne były jeszcze fundusze na opłacenie wsparcia i usług zdrowotnych, ale te usługi i tak były świadczone – po prostu mogły być lepiej wykorzystane i dać lepsze efekty, gdy ich odbiorca nie przemieszczał się po całym mieście w ucieczce przed policją. Argument o wysokich kosztach dotyczył jedynie tej grupy i ciężko było sobie wyobrazić podobny w odniesieniu do całej grupy ludzi doświadczających bezdomności, spośród których wielu było po prostu ubogich. Nawet gdyby taki argument kosztowy się jednak znalazł, to ja akurat nie pracowałem z tą grupą ludzi i myślę, że dlatego byłoby mi ciężko przekonać do tego władze.

JK: To bardzo ciekawe, każdy z nas musi przedstawić korzystny rachunek, by przekonać decydentów, że również z ich perspektywy jest to opłacalny układ. Rozmawiamy teraz o ludziach z ogromnymi potrzebami wsparcia i problemami w życiu. Dzięki programowi trafią do jednoosobowych mieszkań, rozproszonych w społeczności lokalnej. Jak radzicie sobie z integracją społeczną? Jak ludzie mieszkający w tych mieszkaniach radzą sobie z życiem społecznym w nowym miejscu? 

Integracja społeczna jest wpisana w założenia programu. Pamiętaj, że to uczestnicy programów pomagali nam decydować o jego finalnym kształcie. gdy pytaliśmy ich, gdzie chcieli mieszkać – uprzedzając, że będzie to robić nieco inaczej niż do tej pory – nie grymasili i byli gotowi przenieść się wszędzie tam, gdzie mieliśmy mieszkania. Na tamten moment, dla osób chorujących psychicznie, miasto przygotowało tzw. “single site buildings” – czyli takie pojedyncze bloki, w których znajdowały się małe lokale, pracowali tam pracownicy socjalni, a mieszkańcy, by móc tam zamieszkać musieli przyjmować przepisane leki, być trzeźwym i nie korzystać z narkotyków. Ludzie z naszej grupy się tam po prostu nie zgłaszali. Przede wszystkim nie uważali się za osoby chorujące psychicznie, tylko za bezdomnych i chcieli miejsca do mieszkania, a nie terapii. Musieliśmy więc oddzielić potrzebę leczenia od potrzeby mieszkaniowej, ponieważ właśnie tak odczuwali to ludzie – chcieli mieszkać w domach, a nie w zbiorowych instytucjach leczniczych. Jedną z podstawowych zasad NM jest oddzielenie mieszkania od leczenia, co wynika bezpośrednio z szacunku do decyzji osób o tym, jakiego programu wsparcia potrzebują. 
Mówili nam: “Chciałbym mieszkać w mieszkaniu i ewentualnie chodzić do lekarza, ale nie chcę mieszkać u lekarza.” Więc nasze mieszkania są wynajmowane od prywatnych właścicieli – w USA nie ma raczej mieszkań socjalnych/miejskich – bo tak chcieli uczestnicy.
Drugą bardzo ważną sprawą dla uczestników było to, aby nie zostać zidentyfikowanym przez społeczeństwo jako osoby, które mieszkają w TYM budynki – budynku dla osób bezdomnych z problemami zdrowia psychicznego. Uprzedzenia, z jakimi spotykają się ci ludzie na co dzień są bardzo silne, a każdy w okolicy wiedział, że właśnie “tacy ludzie” mieszkają w tym budynku. Ludzie chcieli być anonimowi, chcieli prywatności i godnego traktowania, a nie by znów ktoś oceniał ich przez pryzmat adresu sugerującego kryzys. Wynajęcie prywatnego mieszkania pod program NM było procesem niewidocznym dla społeczności.
Nie wymyśliłem tego samodzielnie, byłem raczej ogromnie zestresowany pomysłem pomagania ludziom szukając im mieszkań w budynkach, gdzie nie ma żadnego wsparcia. Byłem wyszkolony w tradycyjnym systemie i zastanawiałem się, kto się zajmie tymi ludźmi w środku nocy? Co w sytuacji kryzysowej? Co z innymi mieszkańcami budynku, czy będą bezpieczni? To był moment, w którym dodaliśmy następny element do programu NM: całodobową dostępność zespołu wspierającego na telefon. Wtedy używaliśmy co prawda pagerów, teraz mamy komórki, więc w tamtym momencie musieliśmy szukać telefonu, by móc oddzwonić.
Wiele praktykowanych dziś elementów NM wprowadzaliśmy pracując z uczestnikami i razem planując program tak, aby miał sens z ich punktu widzenia, ale by był także akceptowalny dla nas. Równolegle dbaliśmy o zachowanie odpowiedniego poziomu samostanowienia uczestników i naszego przekonania ich bezpieczeństwie. Te wszystkie warunki muszą być spełnione, dopiero wtedy mają prawdziwą niezależność, jakiej potrzebują.
Musiały się także wydarzyć dwie rzeczy: przeprojektowanie pomocy mieszkaniowej tak, by była niezależna od leczenia oraz przekształcenie systemu wsparcia, by ludzie, którzy trafiają do mieszkań byli bezpieczni na równi z ich sąsiadami, a wsparcie będzie dla nich dostępne zawsze, gdy nadejdzie potrzeba. To była wspólna konstrukcja – integracja społeczna jest wartością, ludzie chcą żyć w społeczności, i także dla osób, którym pomagaliśmy było to bardzo ważne. W ten sposób wynajmowanie mieszkań rozproszonych w społeczności stało się jednym z filarów programu. Był to udany eksperyment, który sprawdził, czy ludzie o takich potrzebach, którzy mają za sobą pobyt w zbiorowych domach, są w stanie z powodzeniem mieszkać samodzielnie.
Z integracją społeczną jest tak, że nawet jeśli nie wprowadzasz jej jako stałego elementu programu, to efekt środowiskowy i tak mocno odziałuje. W budynku zbiorowym wszyscy się znali, kolegowali, byli zintegrowani, ale czuli, że są “w programie”, że żyją “w programie”. Gdy mieszkają samodzielnie to wydaje się, że są oddzieleni od innych osób, ale to nie jest prawda – żyją po prostu z innymi ludźmi w społeczności. Jeśli na moment zapomnimy o programie i pomyślimy o społeczności, to zauważymy, że uczestnicy NM integrują się w niej tak samo jak ludzie mieszkający w tym “programowym” wielkim budynki z tysiącem łóżek – tyle tylko, że ten program jest inny, jest taki jak “program” wszystkich innych ludzi: młodych, starych, par i rodzin. Sąsiedzi reagują normalnie: mówią “dzień dobry” sąsiadowi-uczestnikowi, nie mając żadnych uprzedzeń. Wszystko dzieje się w znormalizowanych warunkach. Uczestnicy żyją tak, jak inni ludzie.

JK: Piękna historia, dzięki – zanim przejdziemy do rozmowie o NM w Europie, chciałbym podpytać o jedną rzecz w sprawie mieszkań rozproszonych – co myślisz o sposobie, w jaki pracujemy nad tym w Finlandii? Jak pewnie wiesz, wykorzystujemy m.in. model mieszkań zlokalizowanych w jednym budynku, w którym mieszka od 30 do 100 osób. Oczywiście każdy ma swoją niezależną umowę najmu, a zespół wspierający jest dostępny na miejscu przez całą dobę. Jak widzisz ten model w porównaniu z oryginalnym “Najpierw mieszkanie”? Czy model fiński to NM, czy jakiś inny program?

Musielibyśmy zapytać ludzi, którzy mieszkają w tych budynkach, jak oni to widzą. Dla mnie to właśnie ich opinia jest najważniejsz. Ludzie muszą być zadowoleni z efektów, czuć się jak u siebie i nie chcieć opuszczać tych lokali. Wydaje mi się, że w Europie idea grupowania w jednym miejscu ludzi, którzy są ubodzy – mówię o idei “mieszkalnictwa socjalnego”, jest… W każdym razie mieszkalnictwo socjalne w Europie ma długą historię, która powoduje, że mieszkanie w takich miejscach jest dla ludzi nietypowe. W każdym razie jest bardziej normalne w Europie, niż w USA czy Kanadzie. 
Ja widzę dwa podejścia do kończenia zjawiska bezdomności. Pierwsze polega na pracy z osobą doświadczającą bezdomności poprzez wspieranie jej w planowaniu wsparcia – które obejmuje mieszkanie zgodne z wyborem danej osoby. Nazwijmy to podejściem “skoncentrowanym na osobie”. I myślę, że to o czym mówiłem wcześniej to właśnie to podejście. Zazwyczaj prowadzi ono do wynajęcia indywidualnego mieszkania w środowisku lokalnym, ale jeśli osoba zdecyduje, że woli mieszkać w innych warunkach to naszym obowiązkiem jest pomóc to zorganizować – bo nie chodzi o nasz wybór, tylko o wybór osoby w kryzysie. Większość wybiera jednak te mieszkania rozproszone.
Drugie podejście można określić jako “oparte na mieszkalnictwie” i skupia się ono na pracy planistów, decydentów, przedstawicieli instytucji finansujących oraz architektów. Siadają oni do stołu i zastanawiają się, co zrobić z brakiem mieszkań dla osób w kryzysie w ich społeczności. Wtedy zazwyczaj znajdują działkę, przygotowują projekt i budują budynek, który jest ogromnym wsparciem zasobu mieszkaniowego. Ludzie mogą się wprowadzić, nawet wybrać rodzaj mieszkania, ale… Nie jest to podejście, w którego centrum jest osoba. Dla mnie celem w tym podejściu są po prostu mieszkania. 
Nie wiem, czy rozrysowałem to wystarczająco jasno: są dwa sposoby myślenia o pomocy. Pierwszy to krok po kroku z każdą osobą, drugi jest bardziej odgórny, w ramach którego zapewnione jest po prostu więcej mieszkań dostępnych finansowo. Jest to raczej podrasowany program budownictwa socjalnego, z tym wyjątkiem, że jest adresowany do szczególnej grupy ludzi – doświadczających bezdomności. Ale wiem, że w Finlandii budynki socjalne są zintegrowane ze społecznością lokalną – mieszkają w nich zarówno ludzie, którzy płacą cały czynsz, jak i osoby wspierane z powodu bezdomności. Nie wiem, czy to się zgadza?

JK: Tak, dokładnie tak to wygląda – większość ludzi wspieranych w kryzysie mieszka w lokalach zlokalizowanych tuż obok mieszkań zajmowanych przez ludzi płacących “standardowo”, choć jest to nadal budownictwo socjalne. Tak jest głównie w stolicy, ale w sumie w innych częściach kraju jest podobnie.

Tak naprawdę tym, czego potrzebujemy najbardziej to po prostu dużo więcej mieszkań. Dla mnie najbardziej fascynującym osiągnięciem Finlandii jest to, że ideę mieszkań socjalnych upowszechniliście w skali niespotykanej w innych częściach świata. To, że Fundacja Y-Saatio pozyskała, zbudowała, kupiła i wyremontowała tyle mieszkań jest po prostu niesamowite. To, że tyle lokali stało się dostępnych dla osób w kryzysie przekłada się na integrację! Jak rozumiem, prowadzicie w Y-Saatio 12 tys. mieszkań, z czego jedynie 2 tys. przeznaczonych jest dla osób w kryzysie – istnienie tych pozostałych 10 tys. gwarantuje tę integrację. 
Odwołując się do tego, co udowodniliśmy w Nowym Jorku i co napędza ten ruch kończenia bezdomności, chcę wspomnieć o jeszcze dwóch sprawach.
Po pierwsze pokazaliśmy, że ludzie, w których samodzielne efektywne życie w mieszkaniu nikt nie wierzył – oni potrafią to robić. A to oznacza, że każdy może żyć w mieszkaniu, nawet osoby najbardziej wykluczone, najbardziej podatne i wrażliwe na wykorzystywanie, a już z całą pewnością osoby o mniejszych potrzebach wsparcia. 
Po drugie, nie ma związku między psychopatologią czy niepełnosprawnością, a zdolnością do codziennego funkcjonowania. Ludzie mieszkający na ulicy, którzy wydawali się bezradni, potrafią przecież co noc znaleźć bezpieczne miejsca do spania, źródło posiłków, posiadają szereg niesamowitych umiejętności, na które my po prostu jesteśmy ślepi i których nie dostrzegamy. Dlatego nikt wcześniej nie wpadł na pomysł, aby zaczęli żyć w mieszkaniach samodzielnie. Przecież znacznie łatwiej jest funkcjonować mając łazienkę i łóżko blisko siebie, a nie gdy trzeba chodzić kilka ulic dalej od jednego programu (gdzie znajduje się łazienka) do drugiego (który zapewnia nocleg). Nie trzeba chodzić na obiad, ponieważ kuchenka jest w kuchni. To było naprawdę otwierające oczy, zaskakujące i satysfakcjonujące zarazem. Od chwili podjęcia decyzji, że chcesz, aby każdy mógł żyć w mieszkaniu, pozostaje jedynie pytanie czy jesteś w stanie uzyskać wystarczająco dużo i wystarczająco szybko odpowiednią liczbę mieszkań. Musisz też pamiętać o wsparciu. Sposób, w jaki działa Y-Saatio, zapewniając mieszkania i współpracując z innymi organizacjami wspierającymi osoby w kryzysie, jest bardzo spójny z zasadą oddzielenia mieszkania od wsparcia/leczenia, o której mówiłem wcześniej.  
Ostatecznie to, czy rozwiązanie jest dobre czy złe, zależy od liczb opisujących efekty. Jeśli zabieracie ludzi z ulicy, a oni pozostają w mieszkaniach i zaczynają naprawiać swoje życie, to właśnie to jest prawdziwą miarą sukcesu. To czy pomagamy ludziom wyjść z bezdomności (w sensie przeprowadzki do mieszkania) dla mnie jest dopiero pierwszym krokiem, zwłaszcza w pracy z ludźmi, z którymi ja pracuję. 
Chodzi o to, co dzieje się po tym jak wprowadzą się do mieszkania, bo przeprowadzka to tak naprawdę najłatwiejsza część zadania. Poradzenie sobie z uzależnieniem, ubóstwem, bezrobociem czy chorobą psychiczną nie jest możliwe z pomocą tak prostego sposobu jak w przypadku samego braku dachu nad głową – czyli poprzez zapewnienie mieszkania. To jest pierwszy krok. My pracujemy nad tym, jak wygląda cała reszta tego procesu: zdrowienie, zakorzenienie w środowisku. W „Najpierw mieszkanie” przynajmniej mamy możliwość pracowania nad tym, a nie jak kiedyś, gdy musieliśmy przemieszczać ludzi między szpitalem, ulicą i schroniskiem tracąc nasz czas i życie na coś, co wcale nie musiało tak wyglądać. 

JK: Tak, tu w Finlandii rzeczywiście mamy dobrze rozwinięte mieszkalnictwo socjalne, a sama Fundacja Y-Saatio ma około 17 tys. mieszkań, z czego ok. 7 tys. to mieszkania dla osób w kryzysie. Pod tym względem, tak jak zauważyłeś, nasza sytuacja wydaje się być naprawdę w porządku. A co sądzisz o krytyce modelu, pochodzącej głównie z Wielkiej Brytanii i USA, według której nie jest on możliwy w krajach, gdzie nie ma mieszkalnictwa socjalnego o wystarczającej skali ani perspektyw na rozwój? Władze centralne i samorządowe nie budują, ponieważ cała ziemia sprzedawana jest prywatnym deweloperom, głównie ze względu na ogromne zyski.

Przechodzimy do problemów strukturalnych. Rozumiem, że chodzi o przekonanie, że nie ma mieszkalnictwa socjalnego i czynsze są za wysokie, w związku z czym w USA i Kanadzie nie będzie możliwe pozyskanie wystarczającej ilości mieszkań do programu. Pogodzenie się z tym i uznanie tej sytuacji za fakt naturalny świadczy głównie o niezrozumieniu tego, co leży u podstaw samego problemu. 
Zacząłem pracować bardzo dawno temu i wiem, że bezdomność nie była częścią amerykańskiego krajobrazu do czasów Ronalda Reagana i jego dojścia do władzy w latach 80. Jego administracja, podobnie jak każda następna – demokratyczne i republikańska – przekształciły Amerykę w kapitalistyczny neoliberalny system, w którym politycznie i ekonomicznie zrestrukturyzowano każdy aspekt życia ludzi w stronę prywatyzacji. Aktualnie na przykład trwa wielka dyskusja, która jest wyzwaniem dla demokracji samej w sobie – Trump chce sprywatyzować pocztę. Ochrona zdrowia już jest prywatna, a Sekretarz ds. Edukacji chce prywatyzacji całego systemu szkolnictwa. Wszystko idzie w stronę likwidacji publicznego finansowania dla edukacji, ochrony zdrowia, mieszkalnictwa… W imię sektora komercyjnego i zysku. 
W USA edukacja i ochrona zdrowia wraz z mieszkalnictwem, które w innych krajach (np. w Finlandii) uznawane są za podstawowe prawa człowieka, są sprywatyzowanymi firmami, oferującymi usługi dostępne jedynie dla tych, którzy za nie zapłacą. To nie jest katastrofa naturalna, tylko kapitalizm – polityczno-ekonomiczny system, który produkuje mieszkania jak towar. Właścicielami tych mieszkań nie są już nawet prywatni landlordzi, a fundusze hedgingowe. Cały biznes AirBNB, przez który mnóstwo dostępnych cenowo mieszkań zostało przejętych, by móc zarabiać na turystach. Dokąd mieszkający tam dotychczas ludzie zostali wyrzuceni? Mamy bezdomność, ponieważ mieszkania stały się towarem i są zbyt drogie. 
Zanim dotarliśmy do tego momentu, rząd Reagana budował 350 tys. mieszkać socjalnych rocznie – nazywało się to “public housing” – i aktualnie spadło do prawie zera! Nie ma żadnych inwestycji w mieszkania socjalne, jedynie w prywatne. Ludzie z niepełnosprawnościami, którzy pobierają świadczenia z tego tytuły, w żaden sposób nie są w stanie nawet zbliżyć się do kwoty potrzebnej do opłacenia pierwszego czynszu i kaucji za mieszkanie prywatne. A mamy przecież tylko takie mieszkania! Nie jest dla mnie zatem żadnym zaskoczeniem, że mamy tak ogromny problem bezdomności w Los Angeles, Nowym Jorku, Seattle, Portland – czyli w miastach, które kwitną gospodarczo. 
Rozwój przyciąga ludzi, zapewnia miejsca pracy, część ludzi jest w stanie płacić, więc właściciele mieszkań podwyższają ceny – rynek nie jest w końcu przez nikogo regulowany. Dlatego właśnie w najbogatszych miastach mamy najwięcej ludzi w kryzysie. To są totalnie powiązane ze sobą mechanizmy, nic tu nie jest przypadkiem. System wartości polityczno-ekonomicznych tworzy bezdomność znacznie szybciej niż jesteśmy w stanie podjąć inwestycji socjalnych. Tak właśnie jest w USA. 
Bezdomność nie jest problemem indywidualnym, chociaż mamy tendencję, żeby tak ją opisywać. Ludzie, o których mówimy są ofiarami systemu politycznego i ekonomicznego. Są najbardziej wykluczeni, ponieważ nie są częścią siły roboczej.
Znamy sposób na rozwiązanie problemu bezdomności od 1992 – udostępniajcie ludziom mieszkania. W krajach, które przyjęły i zainwestowały w takie podejście, nie tylko jest mniej osób w kryzysie bezdomności, ale także nie ma bezdomności chronicznej. Znamy rozwiązanie, jest tyle badań potwierdzających jego skuteczność, ale nie mamy woli politycznej, żeby to zmienić. 


Wybierz kwotę