26.10.2026
Jak wygląda droga do usamodzielnienia po pieczy zastępczej? Jakie trudy musi przejść osoba, która nie doświadczyła bezpiecznego domu w dzieciństwie? Jest to opowieść osoby, która przeszła tę drogę.
Wielu ludzi ma wizję domu, który jest bezpiecznym azylem, który kojarzy się ze szczęściem i ciepłem. Nie jest to jednak tak oczywiste, jakby się wydawało, szczególnie dla osób z doświadczeniem domu, który nie dawał poczucia bezpieczeństwa.
Opowiem teraz moją historię mieszkalną, pełną trudności i nadziei.
Jestem byłą wychowanką domu dziecka. Jak wiadomo, nie jest to miejsce, które można nazwać domem. Często z niego uciekałam, tak samo jak z domu rodzinnego. Gdy byłam dzieckiem, ucieczki z domu rodzinnego były powodowane strachem. W domu dziecka dawały namiastkę wolności.
Do osiągnięcia pełnoletniości miejsce zamieszkania było dla mnie miejscem, z którego chce się uciec. Jako dziecko z wytęsknieniem czekałam na osiemnaste urodziny, wizualizując sobie spokojne szczęśliwe życie. W wieku nastoletnim, gdy mieszkałam w instytucji państwowej, ta myśl przestała mi się jawić w świetlanych barwach. Wręcz przeciwnie - budziła lęk. Myśl o dorosłości i całkowitej samotności przerażała. W końcu przyszedł ten moment - pewnego dnia, po ukończeniu osiemnastego roku życia, dostałam informację: “masz cztery dni na spakowanie się - opuszczasz dom dziecka”.
Poczułam ulgę, że w końcu jestem wolnym człowiekiem, jednak cieszyć się wolnością nie dawał fakt, że nie mam dokąd pójść. Nie mam przecież pieniędzy na mieszkanie i nie umiem radzić sobie sama. Mimo że mam już dowód osobisty, nie czuję się dorosłym człowiekiem. Początkowo spałam u znajomych i przyjaciół ze szkoły. Jeden daleki członek rodziny nawet zaoferował chwilowe mieszkanie. Jednak skakania z kanapy na kanapę nie można nazwać bezpiecznym domem. Poza tym, byłam jeszcze w liceum - musiałam kontynuować naukę, zdać maturę. Trudno myśleć o nauce, gdy priorytetem jest zaspokojenie potrzeb socjalnych i bytowych.
Z pomocą dalekiego członka rodziny, jedynego w moim życiu dorosłego, który wyciągnął pomocną dłoń i zastąpił mi rodzinny dom, zgłosiłam się do Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie, w celu uzyskania mieszkania chronionego. Jest to mieszkanie na czas określony, przyznawane w oczekiwaniu na mieszkanie socjalne bądź komunalne. Nie było to miejsce, które dawało stałość i poczucie bezpieczeństwa - również z tego powodu, że mieszkałam tam z płcią przeciwną. Dla mnie, jako osoby po przejściach, było to dodatkowo trudne. Trudna była też samodzielność. Nagle z osoby, która nie potrafi ugotować sobie obiadu, ma powstać odpowiedzialny dorosły. Oczywiste jest, że nie powstanie. Jako uczennicy przysługiwała mi zapomoga z Warszawskiego Centrum Pomocy Rodzinie, nie była to jednak suma, która by starczała na podstawy bytowe. Często brakowało mi pieniędzy na jedzenie i leki. Mimo tak trudnej sytuacji, oczekiwano, że będę przykładnym uczniem. Oczywiście nie byłam.
Pomimo początkowych trudności, po dłuższym przebywaniu w mieszkaniu chronionym, pierwszy raz poczułam, jakbym miała bezpieczny dom. Mieszkałam wtedy z samymi kobietami, bo dwóch mężczyzn dostało już swoje mieszkania komunalne. Mimo trudów w zaspokojeniu podstawowych potrzeb życiowych, było to najlepsze miejsce stałego pobytu, w jakim miałam okazję mieszkać. Uznałam więc, że skoro w moim życiu jest coraz lepiej, to mieszkanie samemu w tak zwanym socjalu będzie spełnieniem marzeń.
Dzień wyprowadzki z mieszkania chronionego był smutny. Było to pożegnanie z pierwszym prawdziwym domem. Na domiar złego, rzeczywistość mieszkania samemu w mieszkaniu socjalnym, nie przypominała tej idylli, na którą się nastawiałam. Mieszkanie było po “remoncie”, nie był to jednak remont, po którym mieszkanie byłoby gotowe do życia. Miałam co prawda bieżącą wodę i prysznic, wolnostojący rozklekotany zlew i wolnostojącą kuchnię gazową starego typu, ale to wszystko. Sufit ozdabiały wiszące kable, a reszta mieszkania była całkowicie pusta. Drzwi wejściowe miały wypadającą klamkę i przerwę pod spodem, z której wiało zimno z klatki. Dostałam zapomogę z WCPR, która wydawała mi się ogromną sumą (10 000 zł), ale okazało się, że nie są to pieniądze wystarczające na pewny start. Po zakupie lodówki, pralki, blatu kuchennego, wymianie zlewu na stabilny, instalacji oświetlenia i kupnie łóżka, nie zostało nic. Pomimo podstaw, czyli światła i możliwości ugotowania jedzenia, nie było to mieszkanie, w którym chciało się przebywać. Zanim z własnych uzbieranych pieniędzy udało się je umeblować w pełni, przez ponad pół roku przetrzymywałam swoje ubrania i rzeczy w workach na śmieci.
Oprócz zaspokojenia potrzeb materialnych, brakowało mi wtedy również zaspokojenia podstawowej potrzeby bliskości i wsparcia. Skończyła się ochrona i czekanie na koniec kolejnego trudnego epizodu z nadzieją na lepsze jutro. Właściwie doszłam do celu - do tego, o czym tak długo marzyłam - jednak nie potrafiłam się z tego cieszyć. Wizja życia bez studiów, bo nie byłam w stanie ukończyć szkoły, bez dobrej pracy i mieszkania w mieszkaniu socjalnym do końca swoich dni, była przerażająca. Nie było już dokąd uciec. Byłam dorosła, ale niegotowa na życie samej, bez ciepłego obiadu u mamy, bez pomocy w chorobie. Posiadanie mieszkania na stałe nie oznaczało dla mnie zmiany na lepsze. Życie bez zabezpieczenia i wsparcia oraz rozczarowanie niespełnionym marzeniem o lepszym życiu, spowodowały ucieczkę w alkohol. Brak marzeń o lepszym jutrze sprawił, że się poddałam. Dwa lata przeciekły mi przez palce, gdy zbierałam pieniądze na urządzenie mieszkania tak, by być w stanie je polubić, jednak była to studnia bez dna - moje starania nie przynosiły oczekiwanych skutków - dom nadal nie był miejscem, do którego chciałam wracać. Chciałam uciec, ale nie miałam dokąd. Ucieczką był alkohol.
Po dwóch latach psychicznej równi pochyłej i braku perspektyw, nadszedł moment zaciśnięcia zębów i pogodzenia się z rzeczywistością. Rzuciłam alkohol i nauczyłam się żyć z myślą, że kochanie swojego domu to przywilej, którego mogę nigdy nie doświadczyć - trzeba mimo tego dalej żyć. Trudno jednak żyć, gdy nie ma się poczucia bezpieczeństwa, gdy pasje i rozwój ciągle trzeba odkładać na bok i nie wiadomo, czy rzeczywistość kiedykolwiek zmieni się na lepsze.
Chciałabym, żeby ludzie mieli świadomość, że dla osób z trudną przeszłością, pozbawionych domu rodzinnego, historia walki o siebie nie kończy się wraz z otrzymaniem lokalu. Mieszkanie to nie tylko dach nad głową - to bezpieczeństwo, spokój, miejsce wytchnienia. Lokal sam w sobie nie rozwiązuje wszystkich problemów - nie wystarczy do usamodzielnia się, do zmiany złych nawyków. Jest jak plaster, przyklejony na ranę, która potrzebuje opatrunku i pomocy lekarskiej. Dlatego tak ważne jest wsparcie osób, które wychodzą z kryzysu mieszkaniowego. Takie osoby często potrzebują pomocy psychologicznej i świadomości, że nie są same, że jest instytucja, która wyciągnie pomocną dłoń. Potrzebują kogoś, kto pomoże stawiać pierwsze kroki w samodzielnym życiu i przywróci nadzieję na lepsze jutro. Kto powie, że nie jest to koniec historii, lecz dopiero początek. Kto przypomni, że bagaż życiowy i trudności w funkcjonowaniu nie sprawiają, że jest się gorszym człowiekiem, i że tak samo jak każdy zasługuje się na szczęście, które może nadejść.
Zofia Grzelak (red.) - psycholożka, psychoterapeutka w trakcie szkolenia w nurcie humanistyczno-egzystencjalnym w podejściu V. Frankla oraz pracowniczka wspierająca Programu Ambiwalencja Fundacji Najpierw Mieszkanie Polska.
Artykuł powstał w ramach zadania pt. “Bezdomność to wybór społeczeństwa – wprowadź zmianę!” jest realizowane przez Fundację Najpierw Mieszkanie Polska dzięki dofinansowaniu ze środków Programu Ministry Rodziny Pracy i Polityki Społecznej “Pokonać bezdomność. Program pomocy osobom bezdomnym.” - edycja 2026.